Dzisiejsze Święto Trzech Króli otwiera karnawałowe szaleństwo anno domini 2026. Ruszają imprezy tematyczne i bale inspirowane weneckim przepychem, a portale kulinarne proponują prawdziwą feerię smaków: od desek obfitości, przez egzotyczne eksperymenty, aż po klasykę z pazurem i ciasta z niespodzianką. Trudno o większy kontrast wobec czasów, gdy kulinarna wyobraźnia musiała radzić sobie z pustymi półkami, a spryt był ważniejszy niż dostęp do składników. O tym, jak wyglądała karnawałowa rzeczywistość na stołach PRL-u i jakie porady serwowano ówczesnym paniom domu, opowiada specjalnie dla portalu Infotuba.pl prof. UAM dr hab. Joanna Smól z Instytutu Filologii Polskiej UAM — językoznawczyni oraz specjalistka z zakresu poradoznawstwa.
Beata Anna Święcicka, Infotuba.pl: Jak wyglądała karnawałowa rzeczywistość w czasach PRL-u? Co wówczas serwowano?
Prof. Joanna Smól: Z okresem PRL-u nieodłącznie związane były suto zakrapiane imprezy alkoholowe, szczególnie popularne w okresie karnawału. Podczas nich serwowano wysokoprocentowe trunki. Taki alkohol domagał się pasujących do niego potraw. Ulubionymi daniami, które serwowano w czasie tych spotkań towarzyskich, były: zimne nóżki (czyli mięso w galarecie), tatar (czyli surowe mięso z jajkiem, cebulką i ogórkiem) oraz śledziki przyrządzane na różne sposoby (zwykle w oleju lub w occie), no i wszechobecna sałatka warzywna (w niektórych regionach okraszana kiełbasą).
Paradoksalnie dominują tu potrawy mięsne, choć właśnie o mięso w tamtych czasach było szczególnie trudno. Dlaczego tak się działo? Otóż ambicją przyjmującej gości pani domu było poczęstowanie ich tym, co trudno dostępne, a zdobycie spod lady kawałka wieprzowiny czy wołowiny dla gości uznawano jako punkt honoru.
Zwykle, w myśl zasady „zastaw się, a postaw się”, gościom serwowano zupełnie inne potrawy niż te, które były jedzone przez domowników na co dzień.
PRL-owska kuchnia, nawet w okresie karnawału, była odzwierciedleniem biednej rzeczywistości tamtych czasów. A kiedy już goście poszli, co jadano?
Prof. Joanna Smól: Na co dzień jedzenie było zdecydowanie uboższe. Starano się przyrządzić różne potrawy z tanich, dostępnych towarów — na ogół były to warzywa (choć w czasach PRL-u uznawano je za coś zdecydowanie gorszego od mięsa), mąka, jajka, kasze, mleko. I tak powstawały różne rodzaje pierogów — najpopularniejsze były leniwe i ruskie, pasty twarogowe i jajeczne, zabielane mąką zupy — często jedzone z dodatkiem chleba, by nasycić głód.
Jak gospodynie radziły sobie z brakiem podstawowych składników?
Prof. Joanna Smól: Chyba największym problemem kulinarnym naszych babć i mam był brak podstawowych składników potrzebnych do przyrządzania potraw.
Co zatem zrobić, jeśli np. najbardziej pożądaną i oczekiwaną potrawą jest niedzielny schabowy, a na kartce na mięso odcięto już ostatni kupon? Z pomocą przychodziły kobiece czasopisma poradnikowe, w których domowe gospodynie znajdowały mnóstwo przepisów, w jaki sposób można „oszukać” rodzinę, podając jej coś, co wygląda jak danie mięsne, a wcale nim nie jest.
Co zatem radzono? Usmażyć kotlety jajeczne, kotlety z kaszy, kotlety z marchewki, z buraków, z kalafiora itp. I wcale nie chodziło tu o wegetariańskie upodobania domowników. Raczej o próbę przekonania ich, że dostają jakąś namiastkę kotleta, a na prawdziwe mięso — wydzielane oszczędnie, np. w formie kotletów mielonych z dodatkiem ryżu, kapusty lub pieczarek — przyjdzie czas na początku miesiąca, gdy pojawią się nowe kartki żywnościowe.
Czytaj też:
Jak masz parę fantów z PRL, to możesz nieźle zarobić. Lepiej wystaw na aukcje
Na braku podstawowych się nie kończyło, prawda?
Prof. Joanna Smól: Oprócz problemu z towarami, rodzinom w czasach PRL-u doskwierał po prostu brak pieniędzy. Dlatego podstawowymi cechami polecanych w prasie kobiecej dań były oszczędność, prostota i szybkość przyrządzenia.
Kobiety pisały listy do redakcji czasopism kobiecych z pytaniami, co zrobić ze zjełczałym masłem lub sfermentowanym kompotem. Spora część przepisów dotyczyła dań z resztek — mięsa, warzyw czy ciast. Wszystko można uratować albo jeszcze raz przyrządzić i podać w innej formie.
Oto przykładowe tytuły: „Oszczędny mazurek”, „Resztki z kurczaka w gęstym sosie”, „Ziemniaki z resztkami mięsa”, „Tani pasztet”, „Trzy obiady z jednego kurczaka”. Ceniono sobie wówczas również łatwość przygotowywania potraw. Wszak kobieta pracująca oraz stojąca w długich kolejkach po podstawowe produkty nie miała czasu na tworzenie wykwintnych dań. Stąd tytuły z PRL-owskich działów kulinarnych: „Zupa szybkościowa”, „Obiad w 15 minut”, „Smakołyki naprędce”, „Przepisy na szybkie zupy”.
Na te braki kreatywnie odpowiadały odpowiedniki dzisiejszych portali, czyli działy porad czasopism kobiecych. Co doradzano?
Prof. Joanna Smól: Rzecz jasna zamienniki, ponieważ czasy PRL-u to okres wszechobecnych zamienników. Czasopisma kobiece obfitowały w porady dotyczące tego, czym można zastąpić brakujące towary. Tworzono odrębne rubryki, gdzie kobiety wymieniały się informacjami, co dodać do danej potrawy, gdy w sklepach brakuje jakiegoś — często ważnego — składnika. Dzięki takiej zaradności polski stoły nie świeciły pustkami, nawet w czasach, gdy na sklepowych półkach królowały jedynie musztardy i ocet.
Czytaj też:
Jest szansa na wyższą emeryturę. Wystarczy dostarczyć dokumenty do ZUS
Jak radzono sobie z brakami konkretnych produktów?
Prof. Joanna Smól: To był prawdziwy test kreatywności. Zdobycie pełnowartościowego mięsa często nastręczało wielu trudności, gdyż było ono reglamentowane, a pod sklepami mięsnymi ustawiały się długie kolejki. Tym, którzy nie zdążyli się w nich ustawić, pozostawały wyroby gorszej jakości. Przykładowo PRL-owska mortadela, czyli drobno mielona kiełbasa ze słoniny i resztek rzeźniczych. A jeśli i mortadeli nie udało się kupić, to pozostawały kotlety z sera, kaszy czy fasoli — odpowiednio uformowane i obtaczane w bułce tartej. Sporo takich przepisów można znaleźć w czasopismach z lat 70. i 80.
Problem był także z kawą — była droga i czasami trudna do zdobycia. Na ogół zaparzano kawę grubo zmieloną, zwaną kawą po turecku, otrzymując aromatyczny napój z fusami, czasami kilkakrotnie zalewanymi wrzątkiem. Z braku prawdziwej kawy, by uzyskać choćby namiastkę jej smaku, pito napoje sporządzane na bazie zbóż — kawę inkę i kawę zbożową, a także w niektórych regionach — kawę żołędziową.
Herbata też znikała z półek, więc importowany napój zamieniano rodzimą herbatą z liści mięty, porzeczki, lipy, a nawet z łupin jabłek. Masło zastępowano margaryną lub smalcem, a marcepan robiono z fasoli lub marchwi z dodatkiem cukru i olejku rumowego.
Luksusem, nie tylko podczas karnawałowych przyjęć, były słodycze, dlatego domowe bloki czekoladowe i inne słodkości przygotowywano z dostępnych składników święciły triumfy. Przepisy na te „biedne” słodkości przekazywano sobie ustnie lub notowano w zeszytach — każda gospodyni miała swój „przepisowy skarb” w kuchennej szufladzie.
Karnawał w PRL-u był czasem zaradności i improwizacji — codzienne niedobory wymuszały pomysłowość, a kreatywne zamienniki pozwalały zachować tradycje i poczucie normalności, nawet w czasach, gdy sklepy świeciły pustkami.
Dziękuję za rozmowę.
Czytaj też:
Na co daliśmy się nabrać zaraz po PRL? Wynalazki finansowe minionej epokiCzytaj też:
Kolejki jak w PRL-u, tylko towar inny. Kultowa marka podbija Polskę
