Nowy Jork. W holu budynku ONZ nad wielkim miedzianym okręgiem zwisa z sufitu obciążony kulą sznur. To wahadło Foucault, którego odchylenia od centrum obręczy dowodzą obrotu ziemi wokół własnej osi. Jedni mówią, że symbolizuje ono docelową harmonię dyplomacji, inni – że światową dominację USA. Czy w przyszłości wahadło zahaczy o Polskę?
Obserwacja obrad Komisji ONZ ds. Zrównoważonego Rozwoju nie napawa mnie optymizmem: przedstawiciel USA, młody mężczyzna w sweterku, słuchając o Europie Wschodniej ziewa bez skrępowania. Przeciągłe ziewanie to doskonała metafora współczesnego stosunku USA do Polski.
To poniekąd zrozumiałe. Mamy w systemie międzynarodowym pozycję bardzo słabą: po rozbiorach Polski (1795) państwa europejskie by utrwalić status quo wytworzyły świadomościowy podział na Europę Wschodnią i Zachodnią. Został on skonstruowany przez filozofów i pisarzy takich jako Wolter, Goethe czy Hegel, kreujących wschód Europy jako prymitywny i okrutny, zgodnie z ideologią zakładającą, że upadek Rzeczpospolitej Obojga Narodów świadczy o naszej niższości kulturowej . Kiedyś ideologii tej nie poddały się właśnie Stany Zjednoczone, popierając polskie starania o niepodległość, co w drugiej dekadzie XX wieku okazało się warunkiem sine qua non: 13 punkt orędzia Wilsona umożliwił stworzenie niepodległej Polski.
Dziś, tak jak sto lat temu, USA są jednym z nielicznych przedstawicieli Zachodu, którym może opłacać się wsparcie Polski. Jednak nasza użyteczność geopolityczna dla interesów USA nie jest wcale oczywista. Do niedawna nie była przedmiotem obszerniejszych analiz, co potwierdzają dyplomaci przyznając, że nasz wizerunek wśród Amerykanów to raczej „non-image” (nie-wizerunek) .
Coś jednak drgnęło. George Friedman, szef instytutu Stratfor, w opublikowanej niedawno książce „The Next 100 Years” twierdzi, że niemoc Polski odchodzi do przeszłości . Według autora istnieje perspektywa osłabienia politycznego dwóch naszych sąsiadów, którzy w historii regularnie jednoczyli się przeciw Polsce: starzejąca się populacja Niemiec i militarna niemoc Rosji (niemożność ekspansji na wschód z powodu UE) ma premiować nasz kraj. Kolejną premią będzie, paradoksalnie, ekspansja islamu w Europie oraz Turcji. Wzrost znaczenia tej drugiej USA będą próbowały hamować wspierając pośrednio państwa Europy Wschodniej - głównie poprzez intensywny transfer technologii (podobnie jak to jest w przypadku Izraela, czy Korei Pd.). W efekcie, siła polityczna Polski w drugiej połowie XXI wieku może być porównywalna do tej z okresu Jagiellonów.
Teza być może warta zainteresowania, choćby za względu na reputację autora, ale jedna rzecz budzi poważną wątpliwość – dlaczego USA miałyby pomagać akurat Polsce? Przecież nie mamy tam żadnego wpływowego lobby; nie ma odpowiedniej polskiej reprezentacji wśród elit tego kraju.
Hector, student Harvardu i absolwent polsko-amerykańskich spotkań młodych intelektualistów organizowanych przez krakowski Instytut Tertio Millennio jest ze mną szczery: „Niestety niewielu Amerykanów obchodzi interes Polski” . Jako przykład podaje casus z 2004: gdy John Kerry wymienił kilku sojuszników USA w Iraku, a George Bush odpowiedział mu „You forgot Poland” - nastąpiła powszechna salwa śmiechu, a fraza dołączyła do zestawu popularnych w USA żartów o Polakach.
Hector jedyną nadzieję dla Polski widzi w katolikach, którzy stanowią ponad 30% chrześcijan w USA . Słusznie – ich liczba stale rośnie, a Polska jest przez nich postrzegana jako bastion ukochanych wartości. Ksiądz J.R. Neuhaus, zmarły niedawno przyjaciel Martina Luthera Kinga, konwertyta z luteranizmu i duchowy patron neokonserwatystów, podczas rozmów ze studentami Wyższej Szkoły Europejskiej określał często Polskę jako „dziejową wspaniałość” ; z kolei George Weigel, były doradca Busha i autor biografii Jana Pawła II od lat przyjeżdża z sentymentu do Polski na coroczne gościnne wykłady .
W podobnym duchu takie instytucje, jak Uniwersytet Notre Dame w Indianie (opisywany przez politologa Guya Sormana jako połączenie gorliwości zielonoświątkowców z wiernopoddańczą postawą wobec Watykanu ) są żywo zainteresowane zacieśnianiem relacji z Polską, ponieważ jawi się im ona jako przetrwalnik europejskich tradycji. „W USA nigdy nie było prawdziwego gotyku, nie to co u was” – mówi Mark, jeden z absolwentów Notre Dame, który twierdzi, że rola Polski jako przedmurza chrześcijaństwa to zadanie jak najbardziej współczesne. Patrzę mu w oczy – nie żartuje.
W zasadzie na katolikach kończy się zainteresowanie Polską w USA, jeśli nie liczyć polonusów i kilku wpływowych grup amerykańskich Żydów, którym jakimś cudem nie kojarzymy się z Holocaustem i antysemityzmem. Rahm Emanuel, doradca Obamy, który czasem przedstawia się jako „fan Lecha Wałęsy” byłby tu dobrym przykładem.
Z analiz Instytutu Badań nad Cywilizacjami wynika, że oprócz negatywnych stereotypów wobec Polski, pośród części Żydów istnieje mityczny obraz Polski jako „Polin” – krainy w której spoczęli w biblijnej wędrówce . Skoro według historyka Normana Daviesa Polska jest politycznie „drugim po USA proizraelskim krajem” , to akcja poprawiająca nasz wizerunek wśród młodych Żydów w USA byłaby niezmiernie przydatna, zwłaszcza, że – co dumnie podkreślają sami Żydzi - odsetek Amerykanów żydowskiego pochodzenia w elitach decyzyjnych kraju jest znaczący .
Nasza dyplomacja będzie skuteczniejsza, jeśli choćby kilku kluczowych decydentów w USA będzie miało nasz kraj w sercu. Tylko wtedy wahadło amerykańskiego zainteresowania przechyli się w stronę Polski.
Grzegorz Lewicki