Wybierz lokalizację
Zrób zdjęcie - wygraj iPoda z HolidayCheck.pl
Zrób zdjęcie i wyślij MMSemWyślij temat!
Newsletter

Newsletter

Zaprenumeruj nasz newsletter. Wpisz e-mail:

Dane teleadresowe

AWR WPROST
ul. Domaniewska 39a
02-676 Warszawa
tel. (22) 529 11 69
fax (22) 852 90 16
email redakcja@infotuba.pl

Kamikadze emigranta

18 lutego 2009, 17:51 Komentarzy: 0

Autor: rafus

Moja kryzysowa emigracja

Kamikadze emigranta
część 1

O Irlandii krążą niesamowite historie, głównie o tym, że wszyscy którzy się tu znajdą doświadczają poczucia dobrobytu i szansy realizacji swoich marzeń.
Pieniądze, o których się mówi w kraju, który w tym samym czasie przechodzi kryzys gospodarczy wydają się rozwiązaniem większości problemów. Faktem jest, że osoba bez wykształcenia, znająca kiepsko angielski, nie mająca zbyt wielkiego doświadczenia potrafi w szybki sposób wywindować się kilka poziomów w górę. Nie jest najlepszym wyjściem dla osób mających coś w głowach, gdyż większość obcokrajowców trafia do oznaczonych pudełek z napisem: Polak, Węgier, Ukrainiec, Filipińczyk etc. I na tej zasadzie funkcjonując, czyli wykonując mało skomplikowane prace. W przypadku obcokrajowców dobre jest to, że przenosząc doświadczenia egzystencjalne z biedniejszych krajów mogą oszczędzić dość pokaźną sumę, która trochę uspokoi skołatane nerwy. Nieliczna grupa trafia na lepsze stanowiska pracy, nie obejmujące sklepów czy posad zmywakowych. A oprócz całej tej walki o byt, istnieje jeszcze pod obraz Irlandii, o którym chciałbym opowiedzieć.

Trafiłem tu całkiem przez przypadek, wolę tak o tym myśleć niż o zrządzeniu losu. Nie potrafiąc odnaleźć swego miejsca w kaczkowatym kraju i lądując na bezrobociu po 3-miesięcznych pracach, które miały mnie zaprowadzić na szczyty, ojciec postanowił, że z pomocą kolegi spróbuje mnie przetransportować do irlandzkiego dobrobytu. Nie potrafiąc obiecać, że szybko uporam się ze swoimi problemami i kredytem studenckim, bądź co bądź będącym dla mnie długiem i zachwianiem poczucia własnej wartości, nie wiedząc, czy dam radę, zgodziłem się. Wziąłem minimalną ilość pieniędzy z jednym, jedynym celem, przeżyć. I jak widać na razie się udało. Nie chciałem wyjeżdżać, ale nie miałem wyjścia, moje CV po krótkim okresie, było długie jak papier toaletowy, za ciekawymi nazwami prac schowane było zażenowanie i gorzka prawda.

Byłem nikim po studiach, po ciężkiej harówie uczelnianej, znaczyłem tyle samo co robol i analfabeta, każdy mógł mnie zgnieść bo nie miałem jednej rzeczy, pieniędzy. Plusem Irlandii jest to, że można wypłynąć trochę na powierzchnię, ale pomijając materializm, żałuję, że wyjechałem, zwłaszcza jeśli chodzi o życie obok pracy i obowiązków.

Poza pracą , nie ma już nic i nie tylko z tego względu, że pracujesz od świtu do zmierzchu, ale sama Irlandia jest dość nudnym krajem. Irlandczycy pogubili się, nie są już potomkami Celtów, nie są też Amerykanami, chociaż jak sądzę bardzo by chcieli. Pogubili się, przez nalot cudzoziemców, zwabionych historiami o pękających w szwach portfelach, bądź co bądź tak bardzo nie pękają.

Wiadomą rzeczą jest to, że gdy ma się chandrę, gdy brak słońca a sam dla siebie nie jesteś zbyt wielkim obiektem zainteresowania, dobrze jest mieć pieniądze na dobry humor.

Ich małe umysły nie były przygotowane na tego rodzaju boom, zbyt wiele od razu stąd dla relaksu zdarza im się dość często wypić, ale alkohol nie jest tu już rozrywką, na topie jest kokaina. W jednej z audycji młody Irlandczyk opowiadał, że nie zdawał sobie sprawy z tego, że po wzięciu koki można w jakiś sposób się uzależnić. Sam Dublin jest trochę przykładem rozkładu ludzkości, na chwilę sprawia wrażenie tętniącego życiem miasta, pędu, energii, podniecenia, ale diabeł tkwi w szczegółach i każdy obraz odsłania swoje prawdziwe przesłanie po dokładniejszym spojrzeniu, doświadczeniu, co mi się udało.

Wsiadłem do samolotu pełen obaw, nie chcąc wyjeżdżać, ale dość miałem polskich problemów, które spotykały się u jednego źródła, braku pieniędzy i niezależności. Nie znając osoby, do której jadę, znając szczątkowe informacje o Irlandii, mając dość przeżyć w ojczyźnie opuściłem kraj. Nie mówiąc o tym, że miałem jedynie pieniądze na tzw. odliczane dni, czyli jeśli szybko się coś nie uda jest po mnie.

Wyłączyłem myślenie, jedynie odczuwałem żal, czemu to akurat mnie wszystko spotkało, dlaczego tak się ułożyło lub bardziej nie ułożyło? Wysiadając na lotnisku w Dublinie, wiedziałem jedno, nikt na mnie nie czeka. Dziewczyna, która miała się mną zaopiekować, pracowała do godziny skazującej mnie na dojechanie samemu do centrum Dublina i odbyciu pierwszych kontaktów z tubylcami.

Pierwsze wrażenie, wydawali się być nieobecni, zamknięci, niewyczuwalni w sensie emocjonalnym, plastikowi. Potem dopiero zrozumiałem na czym dokładnie polega ich natura. Dojechałem autobusem do centrum, starałem się zapomnieć o dławiącym strachu, postanowiłem zadzwonić do rodziców, spytałem jakiejś staruszki o telefon, która wskazała mi budkę telefoniczną i dała pieniądze na telefon. Zareagowałem dość histerycznie będąc przyzwyczajony by w kraju ktoś wciskał mi pieniądze siłą. Rozejrzałem się po centrum, jeden wielki zgiełk, pędzący gdzieś ludzie, oczy skośne, zwykłe, osadzone na czarnej twarzy, różne języki, w tym oczywiście polski.

Niestety rodacy nie sprawiali wrażenia ludzi skłaniających do zaprzyjaźnienia, sposób ubierania, poruszania, pierwsze wrażenie zdawało się mówić, że ich przyjaźń może okazać się nie być z tych bezinteresownych. Pamiętam, że kogoś spytałem o jakąś konkretną ulicę a on mnie zlustrował i pierwsze na co popatrzył to dość elegancki płaszcz, który zbyt mu się spodobał. Obleciał mnie strach. Pojawił się mój nieszczęsny kontakt. Jak mi obiecała, nie ma się co martwić, wszystkiego dowiem się na miejscu i najważniejsze to się wyluzować.

Spotkaliśmy się przy dublińskiej szpili, główne miejsce spotkań, świetny punkt orientacyjny, widoczny praktycznie z każdego miejsca centrum. Szpila rzeczywiście wygląda jak szpila i pnie się zwężającą częścią w górę. Nazwiska kontaktu nie użyję, imienia też nie podam, chociaż prawdę mówiąc powinienem wskazać na jej całą familię by wstydziła się za córkę do trzech pokoleń wstecz. Ubrana całkowicie na czarno, przypominała bardziej szpiega niż dwudziestoparoletnią dziewczynę, chyba generalnie to obraz większości, zachowują się jakby skrywali jakąś przeszłość lub tajemnicę, całkowita konspiracja.

Po krótkiej wymianie zdań i moich złych przeczuciach, no i oczywiście pierwszych posępnych migawkach Dublina, dojechaliśmy do wspomnianego przez jej ojca malowniczo położonego domu w jednej z dzielnic Dublina. Dom okazał się domem pełnym kobiet, Irlandka, Koreanka, jeszcze jedna, której nie było i oczywiście moja koleżanka z Polski. Na dzień dobry pokój gościnny i spanie na podłodze, żarcie w swoim zakresie.

Znalazłem się pod władaniem mojego nowego szefa, zaczęła pokrótce nakreślać mi plan działania i miejsca, od których powinienem zacząć szukać pracy .Oczywiście wśród nich rozmaite bary, sklepy, restauracje, puby. CV jakie przywiozłem było według niej całkowicie do wyrzucenia, niektóre z porad i wskazówek okazały się słuszne, ale większość z nich polegała na pokazaniu kto tak naprawdę rządzi. Prawdą jest, że pracę dostałem dzięki swojej starej wersji CV. W domu znajomej - nieznajomej czułem się dość nieswojo, odniosłem wrażenie, że nie jestem mile widzianym gościem, starałem się jak mogłem, ale byłem osobą z zewnątrz i w dodatku nie pomagała mi moja narodowość. Doliczając do tego poczucie wyrzucenia z gniazda, odosobnienie i kompletnie nowe otoczenie, wliczając rosnące palmy w grudniu lub trafniej określając palmo-podobne. Wszystko to składało się na moją dezorientację.

Zdałem sobie sprawę z tego, że praktycznie nic nie wiem o nowym miejscu, że nie mam pracy i że do końca nie chcę tu być, ale poczułem i to nie pierwszy raz w swoim dorosłym życiu coś innego, że nie mam w tej chwili innego wyjścia. Z moją nową przyjaciółką nie za bardzo nadawaliśmy na tych samych falach, było w niej coś dziwnego, niezwykła zarozumiałość. Ja widziałem dziewczynę koło 20-tki, zwykłą, przeciętną, mieszkającą w wynajmowanym domu z kilkoma osobami, jej ego widziało coś zupełnie odmiennego, dopiero później zrozumiałem na czym to polega, że świadomość wielu osób tutaj jest ściśle powiązana z portfelem, co daje im zpełnie inną skalę wartości wliczając w to ich samych.

Wylądowałem w pokoju gościnnym, wsuwając się w śpiwór, zdając sobie sprawę z czekających mnie wyzwań, jedzenie miałem, bardzo ograniczoną ilość, pieniędzy również i kompletnie brak pomysłu co dalej, ale miałem gdzie mieszkać. Moi rodzice dogadywali się znacznie lepiej z panią G. niż ja, pomysł był taki by to jej oddać gotówkę, by nie nosić wszystkiego przy sobie. Po chyba trzech, czterech dniach bezowocnych starań dowiedziałem się, że muszę opuścić dom, że reszta domowników nie za bardzo jest zadowolona z mojego pobytu w „ekskluzywnym” domu, wliczając to młodą Irlandkę, którą w nocy dość dobrze było słychać z jej chłopakiem, a w dzień nie za bardzo wiedziała o czym rozmawiać.

Tak się jakoś dobrze złożyło, że licząc wyłącznie na siebie i swoją wersję CV znalazłem pracę w ciągu tygodnia a z domu wyprowadziłem się jakoś dwa dni wcześniej. Mając problemy ze znalezieniem chaty, co jest nie lada wyzwaniem, przynajmniej na początku, gdyś jesteś obcy i potrzebujesz sporo „plecowych” papierów wylądowałem w największym spędzie obcokrajowców, w hostelu, który okazał się być moim domem przez 1,5 miesiąca. Wspaniały dom pani Gosi, o którym opowiadał jej ojciec okazał się mistyfikacją, tak naprawdę zwykła chata, w której większość mieszkała nielegalnie, bez zgody właściciela. Co się potem okazało, wszyscy jego lokatorzy musieli się wynieść, kiedy prawowity właściciel powrócił.


Tagi: wpis zagranica emigracja praca irlandia podróże felieton artykuł

Dodaj do ulubionychWyślij znajomemuZgłoś naruszenie regulaminu

Komentarze

Artykuł nie posiada komentarzy.


RSSArtykuły | Wydarzenia


© 2007 AWR Wprost

Projekt i wykonanie: Agencja Interaktywna Janmedia Interactive

Za pozycjonowanie tego serwisu odpowiada Sunrise System