W piłce kopanej mieliśmy setki talentów. Dość wspomnieć takie nazwiska jak Wróblewski, Piekarski, Citko, Łapiński, Mazurkiweicz, Mierzejewski i wielu innych. Dziś mówi się o Rzeźniczaku, Grosickim, Lewandowskim, Sobiechu, Kucharczyku. Wszystkich łączy to, że w wieku około dwudziestu lat uznani zostali przez trenerów i znawców za diamenty, którym do światowej kariery brakuje jedynie oszlifowania. Różnica jest taka, że zdolności pierwszych już zostały zaprzepaszczone, a drugich, o ile coś się nie zmieni, w przyszłości spotka to samo.

źródło: activepoint.pl
To przykre, że w łatwy sposób tracimy zawodników, którzy powinni stanowić o sile swoich klubów i reprezentacji. Jeszcze kilka lat temu, wyszkolony w Brazylii, Mariusz Piekarski wkręcał w ziemię każdego obrońcę. Był typowym rozgrywającym, mózgiem drużyny. Był, a właściwie powinien być. Zawodnik z bajeczną techniką okazał się niezwykle podatny na
kontuzje. Narażał się na spóźnione wślizgi, na „przypadkowe” kopnięcia tylko dlatego, że potrafił dryblować i myślał szybciej niż inni. W wieku 30 lat postanowił zawiesić buty na kołku. Dziś jest skautem i managerem.
O Radosławie Wróblewskim zrobiło się głośno, gdy w kilku meczach pokazał łatwość, z jaką ucieka obrońcom. Trenerzy mówili, że ma „dynamit w nogach”. W pucharowym meczu przeciwko Valencii wystąpił zaledwie kwadrans, a i tak dał się we znaki lepiej wyszkolonym, ale wolniejszym hiszpańskim piłkarzom. W polskiej lidze nie grał zbyt wiele. Okazał się zbyt szybki dla pozostałych zawodników, którzy często ratowali się
faulami. W takich warunkach nigdy nie mógł osiągnąć optymalnej formy. Historie Piekarskiego i Wróblewskiego można niestety mnożyć na przykładzie innych zmarnowanych talentów.
Problem polskich piłkarzy jest jednak o wiele szerszy niż indywidualne przypadki „wiecznych talentów”.
W Polsce nie uczymy grać w piłkę. Najczęściej jesteśmy nastawieni tylko na wynik. Nikt nie myśli, co się z piłkarzem stanie za rok, o siedmiu latach nie wspominając. - mówi Dyrektor Akademii Piłkarskiej Legii Warszawa Jacek Mazurek. Po pierwsze, należałoby się zastanowić nad zmianą systemu szkoleń, może nad wprowadzeniem ogólnokrajowych wytycznych dotyczących treningu młodych zawodników. Takie regulaminy są przecież normą w krajach będących piłkarskimi potentatami. W Polsce nikt nie kontroluje tych mechanizmów. Najlepsi gracze już od najmłodszych lat są przeciążani fizycznie. Są lepsi od rówieśników, więc grają w trzech rocznikach na raz, w trzech meczach w ciągu weekendu i łapią trzy kontuzje w ciągu miesiąca.
Ariel Borysiuk w wieku 14-15 lat grał 70-80 spotkań w sezonie. Według prawideł maksymalnie powinien rozegrać 40. Jednocześnie występował w dwóch drużynach juniorskich, na turnieju Coca-Coli, reprezentacji regionu i Polski. Nie trenował, tylko grał- krytykuje Mazurek.
Po drugie, trzeba zmienić
mentalność trenerów, a dzięki temu podejście zawodników. Często mówi się o polskiej szkole boksu. Jeżeli chodzi o piłkę nożną, nie mamy do czynienia z żadną szkołą. Traci na tym wydolność graczy, ale też ich psychika oraz umiejętności techniczne i taktyczne. Nie do przyjęcia jest sytuacja, kiedy kadra U-21 gra innym systemem niż dorosła reprezentacja. Błędem jest również uważanie zawodników w wieku 19-21 lat za piłkarzy drugiej kategorii. Przecież na Zachodzie ci „młodzi” stanowią niejednokrotnie o silne pierwszego zespołu. Wayne Rooney zadebiutował w kadrze Anglii w wieku niespełna 17 lat, a takich przykładów jest o wiele więcej. O Leo Messim nie będę się rozpisywał… W Polsce jest tak, że od najmłodszych lat trenuje się bardzo ciężko, a później zmniejsza obciążenie. Przecież powinno być zupełnie na odwrót! Najpierw technika i taktyka, a dopiero potem wytrzymałość i dynamika.
W Polsce nadal panuje przekonanie, że im więcej, tym lepiej. Doprowadza to do absurdalnych sytuacji, że piłkarz 16-letni trenuje więcej niż senior(…) Mówiąc obrazowo- najpierw trzeba dotrzeć samochód, by można nim szaleć- oburza się Jacek Mazurek. U nas zawodnicy, po etapie wykańczania ich w wieku dorastania, opadają z sił w okresie, który powinien być szczytem ich przygody z piłką.
Piłkarzowi z polską mentalnością jest trudno na Zachodzie. Tam podejście do treningów, zaangażowanie i walka na boisku jest zupełnie inne i jak polski piłkarz się z tym zderza, to może mieć problem- twierdzi Marcin Mięciel, który grał m.in. w lidze niemieckiej i greckiej, a obecnie wrócił do Legii Warszawa. Zawodnik radzi młodym piłkarzom,
by jak najszybciej wyjechali z kraju, jeżeli myślą o prawdziwiej karierze.
Kolejna sprawa, to kwestia boisk. Ostatni mecz kadry pokazał, na jakiej murawie nie należy grać. Decyzje PZPN o rozegraniu meczu na boisku Legii trzeba nazwać skandaliczną, szczególnie biorąc pod uwagę, że pomysł ten krytykował prezes klubu Leszek Miklas. Bilansem sobotniego spotkania są kontuzje czterech Rumunów i jednego Polaka. Jeden mecz- pięć kontuzji. W lidze takich meczy rozgrywa się rocznie około 20 (nie liczę tu spotkań, kiedy pogoda pomaga w zapewnieniu dobrego stanu nawierzchni). Jeszcze gorsze warunki napotykają zawodnicy wkraczający na ścieżkę piłkarskiej kariery.
Zasada jest taka: im młodszy rocznik, tym gorsza murawa. Przez to młodzi piłkarze grają z oczami wlepionymi w piłkę. Jak taki gracz ma nauczyć się przewidywać bądź szukać partnerów na boisku? Na szczęście, w miarę powstawania kolejnych stadionów, ten problem powinien zostać zniwelowany.
Trudno jest oczekiwać od polskich piłkarzy tego, czego oczekuje się od zawodników zagranicznych. Roger, Edson, Cleber i kilku innych przyjechało do nas zrobić wielką karierę. Już w pierwszym sezonie gry byli największymi gwiazdami swoich zespołów, o ile nie całej ligi. Kolejne sezony w ich przypadku, to jednak stopniowy spadek formy, chęci, zaangażowania… A skoro tacy piłkarze „psują” się po jednym sezonie gry w polskich warunkach, to jak ukształtować talenty, które grają tu od urodzenia?
Zachęcam do lektury wywiadu z Jackiem Mazurkiem.
Wywiad.
Fragmenty wypowiedzi zamieszczonych w tekście pochodzą z archiwum: www.legia.net