Boski z krwi i kości
25 września 2009, 18:52 Komentarzy: 0 |
Ocena: 4.00 (4 głosy)
Autor: Kamil Pacuk
"Taktyka jest dla tych, co nie wiedzą jak grać. Każdy latynoski piłkarz uważa się za najlepszego zawodnika na świecie i wystarczy, aby pozwolono mu grać jak chce". Te słowa Diego Maradona wypowiedział w czasie trwania turnieju Copa America 2005. Dzisiaj, gdy prowadzona przez niego reprezentacja Argentyny jest o krok od niezakwalifikowania się do mundialu w RPA, brzmią one jak słowa szaleńca.

źródło: http://www.igol.pl/images/arti cles/diegomaradona02.jpg
Od początku jego nominacja wywoływała ogromne kontrowersje, nie tylko w rodzinnej Argentynie. Oto człowiek-legenda, piłkarz wszechczasów dostaje posadę selekcjonera reprezentacji piłkarskiej w swoim kraju. Pozornie wszystko jest w porządku. W końcu nikt nie ma takiej renomy i posłuchu wśród piłkarzy jak Boski Diego. Ale jest jedno „ale”.
Diego Armando Maradona nie miał praktycznie żadnego doświadczenia trenerskiego. Owszem, zaliczył krótki epizod w roli szkoleniowca Racingu Avellaneda, jednak kompletnie nieudany. I taka osoba miała zająć najbardziej prestiżową funkcję w Argentynie, ważniejszą nawet od fotela prezydenta kraju. Jakby tego było jeszcze mało, Maradona to człowiek kontrowersyjny, oskarżany o zażywanie narkotyków, niepłacenie podatków, gdy grał we Włoszech. A jednak to on został selekcjonerem.
Na pierwszej konferencji prasowej przyznał się otwarcie, że nie ma żadnego doświadczenia trenerskiego, ale nie taka jest jego rola. Za taktykę mieli odpowiadać jego asystenci, wśród których znalazł się legendarny Carlos Bilardo. Rolą Diego byłoby jedynie odpowiednie motywowanie piłkarzy w szatni.
Debiut Maradona miał wymarzony. Zwycięstwo na wyjeździe z zawsze groźną Szkocją mogło napawać optymizmem. Jednak przyszły spotkania eliminacyjne mistrzostw świata i mit Boskiego Diego zaczynał podupadać. Owszem Albicelestes pokonali 4:0 Wenezuelę, lecz wkrótce przyszła klęska 1:6 w La Paz z Boliwią. To był szok! Owszem, Argentyńczycy zawsze mieli problemy, by grać na wysokości 2500 m nad poziomem morza, jednak taka klęska była wstrząsem dla wszystkich. Na głowę Diego posypały się gromy. Porażka z Ekwadorem 0:2 sprawiła, że zaczęto mówić o chwiejącej się pozycji selekcjonera.
Jednak zbliżał się wielce prestiżowy mecz z Brazylią. Dla kibiców w obu krajach to „święta wojna". To spotkanie miało być przełomem dla Argentyńczyków. Ale nie było. Klęska 1:3 w Rosario bardzo zabolała samego Diego. Mimo to zachował się jak na prawdziwego mężczyznę przystało i wziął odpowiedzialność za porażkę na siebie. Przegrana 0:1 z Paragwajem dopełniła czary goryczy. Wszyscy domagali się dymisji Maradony, który jednak wciąż twardo stoi na stanowisku, że wyciągnie reprezentację z kryzysu.
Czy da radę? Czy wreszcie poukłada wszystkie klocki i nie dojdzie do katastrofy jaką byłby brak awansu na mundial? Czy tez prezydent Argentyńskiej Federacji Piłkarskiej straci do niego cierpliwość i Diego straci pracę? Na odpowiedzi przyjdzie nam poczekać co najmniej do końca października.