Gabinet polityczny - praca za "czarną dziwkę"
30 grudnia 2011, 12:09 Komentarzy: 7 |
Ocena: 5.00 (4 głosy)
Autor: Marcin Pieńkowski
Nowy rząd, nowe ministerstwa, nowe zaplecza. Gabinety polityczne – sposób wynagradzania „wiernych” pomocników.

źródło: Michał Klimczak (fot. Facebook.com)
Po każdych wyborach przychodzi czas, na powołanie nowych ministrów. Ci z kolei, muszą dobrać odpowiednich ludzi do pomocy. Do obsadzenia jest całkiem sporo stanowisk. O ile w biurach, departamentach czy ścisłym kierownictwie obowiązują jeszcze jakieś zasady merytorycznego doboru pracowników, o tyle gabinet polityczny to już „wolna amerykanka” i autorytarne decyzje danego ministra. Tutaj kompetencje, doświadczenie czy wykształcenie schodzą na dalszy plan. Liczy się tylko zaufanie nowego członka rządu.
Swój gabinet polityczny powołał także nowy minister transportu – Sławomir Nowak. Skromny, zaledwie 3-osobowy. Karolina Kleszcz – szef gabinetu, Jakub Łuczywo – doradca i Michał Klimczak – asystent polityczny. Najciekawszy z całej trójki jest ten ostatni. Asystent polityczny, stanowisko – bądź, co bądź - poważne. Wydaje się, więc, że trzeba coś sobą reprezentować. Ukończyć studia, zdobyć wcześniej jakieś doświadczenie, w końcu legitymować się konkretną wiedzą.
Dzisiaj dowiedzieliśmy się jednak, że wcale nie jest to konieczne. Wykształcenie? Wiedza? Doświadczenie? Nie są to niezbędne cechy najlepszego kandydata na asystenta ministra. Najlepszy przykład - Michał Krzysztof Klimczak – 21 lat, wykształcenie średnie, doświadczenia brak. A nie, przepraszam. Doświadczenie jednak ma. Młodzieżowa Rada Dzielnicy, stowarzyszenie „Młodzi Demokraci” i biuro prasowe Klubu Parlamentarnego PO. I oczywiście wpisy na Facebooku, jak ten z marca 2011 roku: „Czarna dziwko Derby blisko” (pisownia oryginalna). Obecnie student w Instytucie Stosunków Międzynarodowych UW. Nie odbierajmy mu tylko zaangażowania. Pan Michał jest podobno tak oddany w pracy dla partii, że aż zaniedbał swoje, wieczorowe studia.
Nie obwiniajmy jednak tylko młodego Klimczaka. Fakt, że nie ma kompetencji drażni, ale czego możemy wymagać skoro sam minister mówi, że „gabinety polityczne to nie są eksperckie miejsca”. Jak widać, należy przez to rozumieć: „nie musisz nic wiedzieć, nie musisz nic umieć, muszę cię lubić”. Szkoda tylko, że to kłamstwo w żywe oczy. I żadnego problemu nie sprawia weryfikacja tych ministerialnych zapewnień. Już oficjalna strona ministerstwa transportu informuje, że: „Gabinet Polityczny Ministra prowadzi doradztwo polityczne w zakresie działania Ministra, w szczególności: nadzoruje opracowywanie dokumentów (...) i dokonuje (..) oceny merytorycznej(!) materiałów (...)”.
Szczerze mówiąc nie mam pojęcia jak taki młodzieniec, bez żadnego pojęcia o drogach, czy kolei ma dokonywać merytorycznej oceny czegokolwiek. Ale ja się nie znam. Swoich pomocników dobiera sam minister i to on ponosi za nich odpowiedzialność. Tylko dlaczego, płacić musimy my, wszyscy podatnicy?
A właśnie, doszliśmy do pensji. „Fakt” informuje, że średnia płaca w gabinecie politycznym ministerstwa transportu wyniosła w ostatnim roku 6300zł(!). Nasz bohater, Klimczak, raczej tyle nie zarabia. „Dziennik Gazeta Prawna” donosi, że asystenci polityczni mogą liczyć na około 3200zł. Wciąż dużo. Jeśli dodamy do tego, że te pieniądze wykłada nie Sławomir Nowak tylko my, podatnicy to nawet bardzo dużo. Większość absolwentów prestiżowych uczelni może pomarzyć o takiej pierwszej pensji. No chyba, że ma się znajomości u Sławka Nowaka. Wtedy studiów nie trzeba nawet kończyć. Panie ministrze, zostały jeszcze jakieś etaty?