Ryszard Kapuściński rozpoczął pracę w Polskiej Agencji Prasowej w 1962 roku. Reporter od blisko dwóch lat przebywał w kraju, gdy po dramatycznych wydarzeniach w Kongu zabroniono mu wyjeżdżać z kraju. Pracę w PAP zaproponował mu ówczesny redaktor naczelny agencji Michał Hofman. Początkowo Kapuściński został przydzielony do krajów ze wschodniej części Azji. Do jego obowiązków należało czytanie, tłumaczenie i redagowanie depesz dotyczących regionu. Jak przyznawał reporter, nic nie wiedział na temat tych krajów i praca bardzo go męczyła.

źródło: gazeta.pl
Okres pracy za biurkiem, której Kapuściński szczerze nienawidził, nie trwał długo. Jeszcze w pierwszym roku nadarzyła się okazja do wyjazdu do Afryki. Polak miał założyć tam placówkę agencji prasowej – sam miał obsługiwać, jak pisał w „Wojnie futbolowej”, 30 milionów km2 i znajdujące się na tym terytorium 50 państw afrykańskich.
Kapuściński doceniał pracę w PAP – dzięki niej mógł podróżować i poznawać bogactwo Czarnego Lądu. Jednak zadania jakie przed nim stały były bardzo wymagające. Pierwszym wyzwaniem jakie stawiała przed pisarzem praca korespondenta, była konieczność formułowania przekazów do kraju – w postaci depesz i opracowań, czyli najbardziej powierzchownych i płytkich gatunków literackich. Reporter, ceniący sobie bardziej rozbudowane formy literackie, ubolewał nad tymi trudnościami, lecz wiedział, że musi je przezwyciężyć, by realizować swoje pasje.
Kapuściński działał pod wielką presją czasu. „Od korespondenta agencji prasowej wymaga się, aby pisał i pisał, bez przerwy, bez wytchnienia” - pisał w „Wojnie futbolowej”. Polski reporter porównywał swoją pracę do zajęcia piekarza, którego wypieki mają smak, dopóki są świeże. Po dwóch dniach czerstwieją, a po tygodniu pleśnieją i nadają się tylko do wyrzucenia. Podobnie ma się sprawa z materiałami wysyłanymi przez korespondenta.
Afrykańskie warunki nie sprzyjały pracy. Trudno było zdobywać informacje. Już samo dotarcie na miejsce, często odległe o setki lub nawet tysiące kilometrów, było nie lada wyzwaniem. Na Czarnym Lądzie nie było wielu gazet, telefonów, a telewizja była praktycznie niedostępna. Nagminnym problemem było także przesyłanie informacji. Wiele czasu zajmowało korespondentowi znalezienie działającego teleksu. Względy finansowe – Polska Agencja Prasowa nie była zamożną instytucją – decydowały również o tym, że to nie Kapuściński łączył się z krajem, lecz to agencja kontaktowała się z nim. Oznaczało to czasem wielogodzinne oczekiwania i przymusową bezczynność.
Kapuściński wielokrotnie podkreślał, że aby poruszać się po Afryce trzeba albo czasu, albo pieniędzy. Najczęściej reporter nie miał ani jednego, ani tym bardziej drugiego. W „Hebanie” narzekał, że zachodni korespondenci Associated Press (AP), Agence France Presse (AFP) czy British Broadcasting Corporation (BBC) mają fundusze na wynajęcie samolotu lub kupno samochodu. Ich firmy były w stanie zapłacić za informację każdą cenę. Kapuściński musiał liczyć na swój spryt lub po prostu na łut szczęścia.
Trzeba przyznać, że tego ostatniego mu nie brakowało. Reporter był czterokrotnie skazywany na śmierć, a mimo to za każdym razem udawało mu się wyjść cało z opresji. Jak przyznawał w „Autoportrecie reportera” liczył się z możliwością przedwczesnej utraty życia. „Śmierć mam wkalkulowaną w swoje życie korespondenta” - podkreślał. Dodawał jednakże, że nie upodobał sobie ryzyka związanego z uczestniczeniem w wydarzeniach, lecz jest to jego obowiązek, z którego musi się sumiennie wywiązywać.
Wielokrotnie jednak podejmował ryzyko i zachowywał się, delikatnie mówiąc, nieodpowiedzialnie. W „Wojnie futbolowej” opisywał sytuacje, gdy wyruszał w głąb kontynentu, nikogo o tym nie informując. Polska Agencja Prasowa wysyłała wiadomości do wszelkich możliwych ambasad z prośbą o informację, gdyby akurat w ich kraju pojawił się polski reporter. Po jednej z samowolnych wycieczek nie wytrzymał Michał Hofman i w depeszy prosił Kapuścińskiego, aby ten – raz na zawsze – zaprzestał wypraw, które mogą się skończyć tragicznie.
Mimo że pisarz wielokrotnie narzekał na trudy pracy korespondenta, za nic nie chciał wracać do kraju. Gdy był chory na gruźlicę i nie miał pieniędzy na kurację w prywatnej klinice, uprosił czarnoskórego doktora Doyle'a, aby ten leczył go w publicznej, miejskiej przychodni wraz z ubogimi Afrykanami. Do kraju nie wrócił też po przebytej malarii mózgowej.
Pod koniec 1966 roku Kapuściński był zmuszony do powrotu do kraju. Zapadł bowiem na chorobę tropikalną. Jego ciało spuchło i pokryło się wrzodami. Do pracy w Polskiej Agencji Prasowej powrócił na początku 1967 roku, tym razem w roli redaktora działu zagranicznego. Jednak jeszcze w tym samym roku pojechał pojechał na trzy miesiące do ZSRR, a potem do Chile, by założyć tam drugi oddział PAP.
Pierwsze miesiące na kontynencie południowoamerykańskim upływały Kapuścińskiemu na nauce języka. Jednak już po trzech miesiącach po hiszpańsku wygłosił odczyt w chilijskim Instytucie Spraw Międzynarodowych. Szybko okazało się, że musi opuścić ten kraj. Wszystko za sprawą ujawnionej przypadkowo poufnej informacji o zamachu stanu szykowanym przez armię chilijską.
Materiały wysyłane przez Kapuścińskiego trafiały najpierw do biuletynów Polskiej Agencji Prasowej. Większość informacji kierowanych było do Biuletynu Krajowego, z którego mogła korzystać prasa. Natomiast pozostałe wiadomości, których z jakichś powodów – najczęściej ideologicznych – nie można było przekazać opinii publicznej, trafiały do Biuletynu Specjalnego. Wgląd do tych informacji, opatrzonych klauzulą „nie do druku”, mieli jedynie uprzywilejowani. Między innymi z tekstów kierowanych do Biuletynu Specjalnego, oczywiście po pewnej obróbce, powstała wydana nakładem Czytelnika książka „Gdyby cała Afryka...”.
Depeszę z Chile przez przypadek dyżurny PAP umieścił w Biuletynie Krajowym, zamiast w Specjalnym i Kapuściński musiał niezwłocznie opuścić ten kraj. Polski korespondent przeniósł się do Peru, a potem do Brazylii. Ostatecznie w listopadzie 1968 Kapuściński objął placówkę Polskiej Agencji Prasowej w Meksyku, którą opuścił Edmund Osmańczyk.
Podczas pobytu na tym kontynencie wiele podróżował. Odwiedził praktycznie wszystkie kraje. Już w lecie 1969 roku relacjonował „wojnę futbolową”, czyli konflikt między Hondurasem a Salwadorem, którzy rozpoczął się po meczu piłkarskim rozegranym między reprezentacjami obu krajów.
W roku 1972, w wieku 40 lat, Kapuściński opuścił Amerykę Południową i zrezygnował z etatowej pracy w Polskiej Agencji Prasowej. Po dwóch latach przerwy ponownie wybrał się w podróż. Już jako redaktor tygodnika „Kultura” pojechał do Etiopii i Angoli. Wyjazd sponsorował mu jednak PAP – Kapuściński podpisał z agencją umową na dostarczanie informacji. Później jeszcze kilkakrotnie współpracował z tą instytucją. Miało to miejsce między innymi w styczniu 1979 roku, kiedy polski reporter był wysłannikiem Polskiej Agencji Prasowej w Meksyku, skąd relacjonował wizytę papieża. Dwa miesiące później, z ramienia tej samej agencji, wyruszył do Iranu, aby relacjonować rewolucję Chomeiniego.
Jeszcze na początku lat 80. Kapuściński dostał propozycję z Polskiej Agencji Prasowej, by wyjechać na placówkę zagraniczną. Reporter jednak odmówił, mówiąc, że skoro jego koledzy są internowani, to on w ogóle z Polski nie będzie wyjeżdżać. W związku z tymi wydarzeniami Kapuściński przerwał na kilka lat pisanie reportażu.
Kilkunastoletnia współpraca reportażysty z największą polską agencją wciąż jest doceniana. W celu przypomnienia tego ważnego epizodu na ścianie gmachu Polskiej Agencji Prasowej przy ulicy Brackiej w Warszawie zawiśnie tablica pamiątkowa z cytatem z „Lapidariów” mówiącym o trudnościach jakie wiążą się z pracą dziennikarza agencyjnego.