Dlaczego nie kupiłem nowej Metalliki
29 października 2008, 16:30 Komentarzy: 3 |
Ocena: 4.67 (3 głosy)
Autor: emjot
Czy najnowsza płyta gigantów rocka padła ofiarą kolejnej wojny w przemyśle płytowym?

źródło: Kreeping Deth, Wikipedia
Na początek kilka słów wprowadzenia. Metallicę lubię, słucham jej od dawna, mam poprzednie płyty i wcale nie sądzę, że
skończyła się na Kill’em All. Poza tym podzielam powszechne przekonanie, że na
Death Magnetic grupa wróciła do formy, której szukała przez ostatnich kilkanaście lat – grają mocno, szybko i, używając kolokwializmu, kopią tyłki. W skrócie, jedna z największych legend metalu powróciła w glorii i chwale, udowadniając, że pogłoski o jej śmierci okazały się zdecydowanie przesadzone.
A jednak płyty nie kupiłem. Dlaczego?
Wpływ na to miała dosyć nietypowa forma, w jakiej album objawił się światu. Pewien francuski sklep płytowy zamiast 12 września wprowadził płytę do sprzedaży 10 dni wcześniej, oficjalnie przez pomyłkę. Osobiście nie wierzę w aż taką głupotę sprzedawców i bardziej przychylam się do hipotezy o przecieku kontrolowanym (podobnie jak stacje telewizyjne umieszczają premierowe odcinki seriali zawczasu w sieci) ale fakt jest faktem – zanim kierownictwo sklepu zorientowało się, co zrobiło i wycofało płyty z półek, szczęśliwcy zdążyli już się w nie zaopatrzyć i udostępnić światu. Użytkownicy Internetu na całej kuli ziemskiej mieli więc sposobność wysłuchania całej płyty w postaci cyfrowej i podjęcia decyzji, czy warto kupić oryginał.
Wtedy właśnie, oprócz doskonale znanych głosów o powrocie Metalliki do formy, pojawiły się również opinie krytyczne. Nie tyczyły się jednak samej zawartości albumu, tylko jego brzmienia. Otóż po długoletniej współpracy grupa postanowiła podziękować swojemu stałemu producentowi, Bobowi Rockowi. Nowym człowiekiem odpowiedzialnym za jakość dźwięku stał się Rick Rubin, mający na koncie płyty Slayera, Red Hot Chili Peppers czy System Of A Down, i uchodzący w biznesie za jedną z największych gwiazd konsolety. Powinno to gwarantować jakość dźwięku mogącą zadowolić największych audiofilów. Sęk w tym, że nie gwarantuje.
Produkcję Death Magnetic można bowiem opisać w trzech słowach: głośno, głośno, głośno. Rubin poszedł po najmniejszej linii oporu, tworząc z nagrań jedną wielką
ścianę dźwięku. Nie ma tu miejsca na subtelności czy wyeksponowanie poszczególnych instrumentów, wszystko ginie w jednostajnym hałasie. W efekcie płyta po paru pierwszych utworach staje się monotonna, nużąca, wreszcie męcząca dla ucha. 75 minut nieustającego łomotu naprawdę trudno jest wysłuchać do końca.
Co gorsza, problem ten dotyczył tylko płyt CD. Równolegle bowiem Death Magnetic ukazało się w postaci cyfrowej, jako dodatek do gry Guitar Hero III. Tam jakość dźwięku była zdecydowanie lepsza – z bardziej zróżnicowaną dynamiką, lepiej słyszalnymi subtelnościami i przede wszystkim cichsza. Także edycja płyty na winylu okazała się bardziej przyjazna dla ucha. Wśród fanów, którzy zaopatrzyli się w płyty, zaczęło krążyć nieprzyjemne podejrzenie, że jako grupa, która kupiła „zwyczajną” wersję albumu, dostali produkt gorszej jakości.
Metallica, i tak nie mająca już najlepszej opinii wśród internautów (pamiętna sprawa Napstera z początku tego tysiąclecia), znowu znalazła się na linii strzału. Za jakość dźwięku zaczął nawet przepraszać odpowiedzialny za mastering Ted Jansen, tłumacząc, że nie był w stanie nic zrobić z materiałem, jaki dostał. W Internecie zaczęła krążyć petycja domagająca się ponownego zremiksowania albumu. Sprawą zajął się
Rolling Stone
,
Wall Street Journal oraz
The Guardian. Ostatecznie cierpliwość fanów wyczerpał perkusista zespołu Lars Ulrich, który stwierdził, że dokładnie o takie brzmienie mu chodziło i nie rozumie protestów.
Za winowajcę najczęściej wskazuje się proces, w jakim wytwórnie płytowe uczestniczą już od kilkunastu lat, nazywany „wojną głośności”. Ale to już w następnym odcinku.