Do niedawna właśnie takie twierdzenia można było usłyszeć z ust każdego fana filmów – nawet jeśli w ogóle fanem filmów nie jest. W dużym stopniu była to ocena niesprawiedliwa, nierzadko nie mająca żadnego pokrycia w rzeczywistości. Nikt mi nie powie, że „33 sceny z
życia”, „Zarwany”, „Jestem”, „Komornik”, „Edi”, „Symetria” są paździerzami, wydmuszkami, trącającymi grafomanią filmidłami.

źródło: filmweb.pl
Mówiąc szczerze - strasznie mnie to denerwowało, ponieważ wystarczyło poszperać, poczytać, co prawda było ciężko, ale jednak pewna głębsza znajomość kina polskiego nie była rzeczą niemożliwą do zrealizowania. Od zawsze wiadomo, że światem rządzą media i reklamy, a że na plakatach, billboardach pokazywano najczęściej – licząc na wysoki box office - „komedie romantyczno – tragiczne”, to już nie nasza wina. Ponadto nie podpisałbym się pod stwierdzeniem, że te nowe polskie komedie są tak fatalne, jak je malują/ nagrywają. Na „Testosteronie”, czy „Lejdis” bawiłem się naprawdę świetnie. A tanie jak woda w biedronce romansidła nagrywano zawsze. Wczoraj było „Teraz albo nigdy”, dziś jest „Miłość na wybiegu”, a jutro będzie „Zrób to ze mną – pragnienia Czarusia okrusia” – takie życie.
Wczoraj przyznano najbardziej prestiżową nagrodę filmową – Złotego Lwa, na najbardziej prestiżowym polskim Festiwalu Filmów Fabularnych. (w Gdyni – dla niezorientowanych).
Zwyciężył „Rewers” w reżyserii wciąż młodego twórcy – Borysa Lankosza. Niestety, nie miałem przyjemności zobaczenia tego filmu, ale widziałem za to inne – podejrzewam, że równie dobre. W każdym razie nie żałuję. Do Gdyni przyjechałem trochę późno, dlatego zdążyłem popatrzeć wyłącznie na 4 filmy. Na dobry początek zdecydowałem się na „Gry uliczne” z 1996 roku Krzysztofa Krauzego. Jak najbardziej pochwalam inicjatywę przypominania starszych produkcji – zwłaszcza kultowych i tak fantastycznych. Nie rozumiem niestety wysokiej absencji podczas projekcji – na sali siedziało kilkanaście osób. (zdjęcie) Albo większość już „Gry uliczne” widziała, albo wybrali repertuar bardziej współczesny. Jakkolwiek by nie patrzeć – obejrzałem kawałek świetnego kina z gatunku „thriller polityczny”. Idealnie dobrana muzyka, połączony wątek korupcji i gangsterski w polityce, trudy fachu dziennikarskiego oraz – moim zdaniem najważniejszy element – zgniłe ogryzki po PRL – u i bestialskie morderstwo Stanisława Pyjasa. Polecam!
Następny cel – żarcie. W byłym gdyńskim Silver Screenie nie było co zjeść. Albo jakieś babeczki, pączki, żelki, kawki, herbatki, albo sushi za 30 zł, czy kanapka za 8 zł. Nie żeby mnie nie było stać, się jest dziennikarzem infotuby, to stać na wszystko, ale akurat nie miałem na takie rarytasy ochoty. Zadowoliłem się bułą z jogurtem w nie tak znowu pobliskim markecie. Apel do organizatorów – pomyślcie również o wieśniakach i prostaczkach. My też jesteśmy ludźmi i mamy prawo do godnego życia!!
Swoją drogą: czy to nie zakrawa na śmieszność? Gdybym pojawił się w Gdyni przed 9 – bo wtedy zaczyna się pierwszy seans, mógłbym za 40 zł obejrzeć „Wojnę polsko-ruską”, „Janosika”, „Rewers”, „Enen” i „Operację Dunaj”. A jakby się udało to być na konferencji z Xawerym Żuławskim lub Kasią Adamik. To wszystko warte tyle samo, co radomskie sushi i marnej jakości małe latte? Coś tutaj nie gra, tak jak powinno.
Brzusio zapełnione – morda uśmiechnięte – nastrój zupełnie inny. Stare jak Marek Przybylik* przysłowie mówi „Polak głodny – Polak zły” i wciąż jest aktualne.
Jako że jestem fanem Borysa Szyca to„Wojnę” widziałem już bardzo dawno temu, stąd – zamiast na filmową adaptację powieści Masłowskiej – skoczyłem do mniejszej sali na „Wybrańca”. Zielonego pojęcia nie miałem, jaki charakter ma film – oprócz tego, że nie jest produkcji polskiej. Jakież było moje zdziwienie, kiedy okazało się, że to dokument traktujący o wierzących w reinkarnację mnichach buddyjskich. Chociaż miałem niezły ubaw z naiwnych jak kandydaci do „Mam talent” mnichów, to film ma to coś, czego oczekuję się od dokumentu. Mam na myśli szeroko pojętą „magię”. Do tego niesamowite zdjęcia, sympatyczny bohater główny – Tenzin Zopa, elementy prawdy przenikające ze zbiegiem okoliczności sprawiły, że nie były to źle spędzone 2 godziny. Również polecam.
Następnie nadszedł moment prawdy i „Enen” Feliksa Falka. Sala kinowa wypchana po brzegi nie bez powodu, ponieważ „Enen” był zakulisowym kandydatem do „Złotego Lwa”. Chociaż nie stawiano go w grupie murowanych, potencjalnych zwycięzców.
Piękną opowieść zaserwował widzom Falk. Historię człowieka skrzywdzonego, poranionego przez los, rodzinę, przyjaciół i życie. Człowieka, który zbłądził i został za swoje zachowanie ukarany. Nieznany mi wcześniej Grzegorz Wolf pokazał prawdziwy kunszt aktorski, przyćmiewając samego Szyca. A to sztuka niełatwa. Kto by pomyślał, że ochroniarza z „M jak miłość”, policjanta z „Samego życia”, czy kolegę Rysia Lubicza z„Klanu” stać na stworzenie zapierającej dech w piersiach kreacji. Czapki z głów. Wspomniany Borys Szyc rolę miał niełatwą, w moim pojęciu nawet trudniejszą niż w „Wojnie polsko – ruskiej”. Bo gdzie popularnego wśród przyjaciół „Borię” można (było?) w pewnym stopniu utożsamić z pijakiem, narkomanem, zabijaką Silnym, to z doktorem Konstantym Grotem nie ma nic wspólnego. Miał zagrać przeciętnego, pospolitego, odrobinę nadgorliwego lekarza – psychologa. Udało się. Może bez fajerwerków, ale rzemieślnicza praca odrobiona. Choć sama fabuła nie porywa niczym hitchcockowskie kryminały, jest wystarczająco interesująca, żeby utrzymać widza przy ekranie. Moment kulminacyjny zbliża się i rośnie wraz z tykającym zegarem odmierzającym czas końca filmu. Dobrze, że autor pozostawia finał niedomówiony, zaskakujący, dowolny w interpretacji. Nie narzuca podsumowania – wyłącznie sugeruje w sposób nienachalny i nienatarczywy. Ciekawie. Polecam. Najlepszą rekomendacją są gromkie brawa, który rozległy się tuż po ostatniej scenie.
W godzinach, kiedy ja byłem dostępny - niedostępny dla ludu był „Janosik”. Wyświetlano go w sali, do której wstęp mają wyłącznie postaci z showbiznesu. Jak widać można być wybitnym i być traktowanym jak trędowaty i ułomny. Nie ma tego złego, co na dobre by nie wyszło.
Poszedłem na „Mniejsze zło” Janusza Morgensterna. I znów się nie zawiodłem. Mało powiedzieć, że zostałem nieźle wciśnięty w fotel. Lesław Żurek – odtwórca głównej roli wcielił się w postać młodego studenta, nieudolnego poety amatora, który za wszelką cenę chce zostać sławny, rozpoznawalny i powszechnie szanowany. Do czego potrafi posunąć się zdeterminowany człowiek? Kiedy i czy w ogóle obudzi się w nim sumienie? Jak uniknąć wojska, jak zostać zdrowym członkiem zakładu psychiatrycznego oraz jak uwieść – bardzo ponętną i starszą od siebie panią doktor? A to wszystko okraszone realiami szarego, podupadającego, kaszlącego flegmą komunizmu. Jak się domyślacie – polecam.
Jedyne zastrzeżenie mógłbym mieć do organizatorów. Za demokratyczną republikę Chin nie mogłem zrozumieć, dlaczego oprócz imiennego, przypiętego z rachunkiem dnia aktualnego karnetu potrzebowałem osobne bilety na każdy film. Co prawda nie musiałem za nie płacić, ale byłem zmuszony do trzykrotnego stania w kolejce. Co to są za porządki?
Jak na siłowni mam karnet, to już mi biletów nie dają. A w Gdyni lody kręcą. Ale to mały mankament. Ponarzekać jednak trzeba.
Nie mogę się doczekać kolejnego festiwalu, a każdego serdecznie zachęcam do odwiedzin Gdyni i gdyńskiego Multikina. To jedyna okazja, aby za przyzwoitą cenę obejrzeć wszystkie najlepsze polskie filmy minionego roku, spotkać na korytarzu gwiazdy i nie zostać przy tym staranowanym przez rozszalały, rozkrzyczany tłum małolatów. Największy tłok robili paparazzi, którzy za „najjaśniejszymi” Gwiazdami biegali non stop.
Byłem świadkiem przybycia Małgorzaty Foremniak. A wyglądało to mniej więcej tak: kobieta wysiada z samochodu, idzie z jakąś koleżanką. Nagle zajeżdżają 4 samochody z których wyskakują ludzie z aparatami wielkimi jak Kometa Halleya. Z kolejnych 4 samochodów stojących na parkingu wyskakuje następna grupa, podobnie uzbrojonych fotoreporterów. Ludzie patrzą, pukają się w głowę, a ci biegną jakby spotkali Angelinę Jolie z nowonarodzonym dzieckiem. Rozumiem, że taka praca, ale nic wielkiego się przecież nie działo. Kogo obchodzi zdjęcie Małgorzaty Foremniak wpadającej do kina o 12 we wtorek. W dzień, w którym tak naprawdę nie odbywało się żadne ważne spotkanie. Były pomniejsze konferencje – owszem, ale bez szaleństw.
Przypominam, że kolejny Festiwal Filmów Fabularnych w Gdyni odbędzie się już niedługo, w bardzo nietypowym terminie – maju 2010. Od kilku dni odkładam kasę na karnety, do czego i Was zachęcam.