Jakiś czas temu natknąłem się w Internecie na ciekawy fotoreportaż. Zainteresował mnie, ponieważ dotyczył ludzi, których lubię oglądać na szklanym ekranie.

źródło: zdjęcia twardzieli z WIKIPEDI (montaż zdjęć w jedno, depechmaniac)
Tytuł brzmiał: „Herosi na emeryturze”. Mowa w nim była akurat o aktorach, którzy cieszyli moje oczy przez ostatnie dwadzieścia lat. No może dłużej, lecz wcześniej nie byłem w stanie pojąć, co przez swoje role chcą mnie, czyli widzowi przekazać. Teraz czasem też nie wiem, ale to jest najmniej ważne. Ważne jest to, że oglądając filmy, w których występują czuję się usatysfakcjonowany. Odgrywają role twardych facetów, niezłomnych stróżów prawa, obrońców wolności, ale również psychopatycznych morderców. Ich filmy zawsze trzymają w napięciu, chociaż fabuła jest prosta jak konstrukcja cepa, a dobro zawsze zwycięża zło. Na takie jednak zakończenie czeka właśnie taki prosty i niewymagający widz jak ja.
Już widzę te lawiny śmiechu i kpin zaraz po tym jak zacznę wymieniać nazwiska aktorów. Tak, może filmy z nimi nie są wysokich lotów, ale przecież nieważna jest w nich fabuła. Może kipi w nich przemoc, widok krwi, nienawiść i śmierć. Ale przecież w filmach tego formatu o to właśnie chodzi, krew ma się lać strumieniami, a zło ma być pokonane przez ostatniego sprawiedliwego, nieprawdaż?
Fakt, obrazy te pokazują to wszystko w sposób przerysowany, czasem nawet komiczny, bo ja sam śmieję się z nich, kiedy oglądam kolejną powtórkę serwowaną mi w okresie świątecznym przez stacje telewizyjne. Kiedy inni mają dość i narzekają, prowadzą rankingi najczęściej odgrzewanych świątecznych kotletów w stacjach, ja cieszę się jak małpa, która dostała codzienną porcję bananów.
Do rzeczy, pora zasłużyć sobie na miano największego prostaka w oczach czytających. Pamiętam, jak mając lat nieco ponad kilkanaście rodzice zakupili magnetowid. Tak, z tego wynika, że jestem bardzo stary, a przynajmniej z innej epoki. Teraz są odtwarzacze DVD, Blu-Ray itp. Nie ma już w tym jednak żadnej magii. Wszystko jest na tacy, dostępne. W tamtym okresie kwitły wypożyczalnie kaset video. Jeszcze nie straszono ludzi prokuraturą i prawa autorskie nie były respektowane. Wypożyczalnie powodowały, że czekałem na weekend z utęsknieniem, by móc wypożyczyć film i zobaczyć moich herosów.
Pierwszym filmem, który udało mi się obejrzeć zaraz po tym, jak kupiliśmy magnetowid był „Tango & Cash”. Niezapomniany, jak dla mnie, prostaka duet dwóch policjantów. Do dzisiaj mam przed oczami niepowtarzalną mimikę twarzy Sylwestra Stallone i zajebistą fryzurę Kurt’a Russel’a, o której marzyłem.
Sylwester Stallone, jeden z tych twardzieli, którzy na zawsze zmienili oblicze kina akcji. Gwiazdor filmów porno, który zdecydował się wymienić narzędzia pracy i miast rozsiewać zgorszenie wśród panienek dobrych domów, mordował, wyrzynał, wykrwawiał żołnierzy Wietkongu w pamiętnej sadze „Rambo”. Pierwsza część tej sagi niosła przesłanie, niedostrzeżone zresztą chyba przez krytykę. Kolejne części pokazywały jedynie, jak jeden Man (z ang. człowiek), może wygrać wojnę. Czy mi to przeszkadzało? Oczywiście, że nie. Nawet ostatnia część, w której John Rambo ma grubo po pięćdziesiątce, a która w pewnych momentach jest komiczna, nadal wpływa na moje prostackie oblicze i chcę ją oglądać. Cóż z tego, że śmieję się i z filmu i z samego siebie? Wiedzieć Wam trzeba, że na szczęście dla mnie John Rambo powróci w roku 2011, czego doczekać się już nie mogę. Mam jedynie nadzieję, że Sylwek „dotrzyma”, by ten film zrealizować. Przyznaję się bez bicia połykałem filmy z tym aktorem w mgnieniu oka. Chciałem być Rocky’m Balboa w każdej z sześciu części, lać Iwana Drago, którego notabene grał kolejny twardziel kina akcji
Dolph Lundgren, Marionem "Cobra" Cobrettim w filmie „Cobra” i zabijać psychopatów, Deke DaSilva w „Nocnym Jastrzębiu” polującym na terrorystę granego przez
Rutgera Hauera, który wcielał się wielokrotnie w podobne role, psychopatycznych terrorystów. Chciałem być super bohaterem, który wychodzi z każdej opresji cało, pomimo że działa w pojedynkę.
Skoro jesteśmy już przy filmie „Tango & Cash”, to wspomnieć należy o drugim z dwójki policjantów, czyli
Kurtcie Russelu. On również wyrył w mojej pamięci klatki, których nie zapomnę. Twardziel, może nie aż tak jak Sylwek, ale jednak twardziel. Oglądałem z zapartym tchem takie filmy jak: „Ucieczka z Nowego Yorku”, następnie sequel „Ucieczka z Los Angeles". Aż dziw bierze, że nie biegałem z przepaską na oku, jak bohater Snake Plissken, „Gwiezdnych wojen” czy też „Soldier”.
Jeśli wspomniałem o Sylwku i jego dokonaniach, dla wielu prostackich, to przez wzgląd na jego muskulaturę nie mogę zapomnieć o „czarnej małpie”. Tak właśnie tłumaczy się nazwisko kolejnego twardziela, a mowa tu o
Arnoldzie Schwarzeneggerze. Ten twardziel, tzw. z amerykańska tough guy (nie mylić z gay), jak Sylwek postanowił, że zostanie aktorem. Drogę do tego miał lepszą, łatwiejszą, ponieważ jako kulturysta zdobył wszystko, a nawet więcej. Jest najbardziej utytułowanym kulturystą wszechczasów. Mistera OLYMPIA zdobywał bodajże sześciokrotnie. To właśnie przez swoje niepowtarzalne umięśnienie zagrał w serii obrazów o walecznym Conanie. Te filmy przyniosły mu sławę, a mnie prostaka rządnego krwi, walki na miecze w świecie fantasty, zauroczyły. Kolejny film, „Commando”, który pewna stacja ze słońcem w tle puszcza na każde święta Bożego Narodzenia oglądałem już chyba z pięćdziesiąt razy. Na złość wszystkim obejrzę go jeszcze raz, oby tylko puścili go ponownie. Nie mówiąc już o takich obrazach jak „Predator”, czy też „Terminator”. Nie wyobrażam sobie Terminatora bez Arniego, dlatego też ostatniej części nie oglądałem, bo nawet grający w niej twardziel młodego pokolenia Chrystian Bale nie jest go w stanie zastąpić, bo Arnie jest tylko jeden, The One & Only.
Było już krwawo i fantazyjnie no to pora na jakieś małe „spaghetti aldente”, chociaż wcale nie do końca. Aktor gatunku, który również ujął mnie swoimi zdolnościami to C
lint Eastwood. Jego niezapomniane role w spaghetti westernach również odcisnęły piętno na mojej prostackiej psychice. To one właśnie przyniosły mu rozgłos, a ja chciałem mieć takie pancho i taki sam kapelusz jak on. Takie filmy jak: „Za garść dolarów”, „Za kilka dolarów więcej”, „Dobry, zły i brzydki” przeszły do historii westernów. Wymieniłem te, dzięki którym zaistniał, bo przecież było wiele innych. Nie darowałbym sobie, gdybym nie wspomniał o sadze opowiadającej o inspektorze Callahanie, czyli „Brudny Harry”. Jego magnum kaliber 9 milimetrów, marzyłem by mieć takie cacko na własność. Chyba wszyscy dobrze je znają, szczególnie ci, którzy zakończyli swoje epizody w kolejnych częściach tej sagi.
Najmłodszym twardzielem w moim plutonie jest Belg,
Jean-Claude Van Damme. Ten to potrafi wymachiwać nogami. Mistrz świata w karate. Jeśli ja bym zrobił taki szpagat, jak on w filmie „Czarny orzeł” to chyba pożegnałbym się na stałe z moim przyrodzeniem. Sławę przyniósł mu film „Krwawy sport”. Chciałem być jak on, mieć tajskiego mistrza sztuk walki i wygrywać z każdym, tak jak on. Filmy z jego udziałem zawsze wprowadzały mnie w doborowy nastrój. Wszystkie były przedniej marki. Wspomnieć muszę „Uniwersalnego żołnierza”, „Kickboxer’a” czy chyba najbardziej znanego „Lwie serce”. Ten film oglądałem dziesiątki razy i za każdym razem końcowa walka Leona z jego dwa razy większym przeciwnikiem, którym był Attila powodowała u mnie gęsią skórkę. Coś niesamowitego.
Kolej na nieco starszego, lecz również bardzo utalentowanego twardziela, jakim jest no kto, no oczywiście
Bruce Willis. Niezapomniana rola Johna McClaine’a w czterech częściach „Szklanej Pułapki” robi swoje. Nie można, nie da się o nim zapomnieć. W każdej części poturbowany, okaleczony, zakrwawiony. Chyba jeden z najbardziej dotkniętych walką twardzieli. Żaden inny nie doznał tylu obrażeń, co on, a jednak udało mu się przeżyć. Jego słynne powiedzenie „yupikajej mother fucker” przeszło już do historii kina akcji i jest obok słów Arniego „I’ll be back” i „hasta la vista babe” najsłynniejszym. Chyba bardzo lubi być obijanym do nieprzytomności, bo w filmie „Piąty Element” czy też „Ostatni sprawiedliwy” jego obrażenia sięgnęły zenitu, a jednak przeżył. Po prostu terminator. No, ale dobrze. Co bym oglądał jeśliby zabili Johna McClaine’a. Po cichu liczę na kolejną cześć i odsmażenie w święta. Sprawdził się również w rolach komediowych, ale to tak na marginesie. Dla mnie i tak zostanie w pamięci jako „Ostatni Sprawiedliwy”.
Kopaczem podobnym do Jeana jest sam
Chuck Norris. Grał w filmach z samym Brucem Lee, był również jego uczniem, więc chociażby przez ten fakt musiał stać się filmowym twardzielem. Gdy tylko dostałem do ręki pilota magnetowidu musiałem zobaczyć wszystkie części „Zaginionego w akcji”. Chciałem jak on ratować żołnierzy US. Marines z nieistniejących już obozów w Wietnamie. Marzyłem by zostać samotnym wilkiem McQuade i dopaść wszystkich handlarzy bronią. No, a na pewno zapomnieć nie można „Strażnika Texasu”. Ten serial za bardzo mnie nie podniecał, więc nie mogę się wypowiedzieć na jego temat. Obejrzałem kilka odcinków i na tym pozostanę.
Hmm, teraz może o dwóch panach, którzy do twardzieli należą, aczkolwiek ich filmy są nieco ambitniejsze od ich poprzedników. Zagrali w swoim życiu ludzi po drugiej stronie lustra, czyli złych. Pierwszy z nich, to oczywiście
Al Pacino. Sławę przyniosła mu rola w trzeciej części „Ojca Chrzestnego”. Do mnie najbardziej trafiła jednak rola psychopatycznego bosa mafii „Scare Face”. Niesamowity film, niesamowity scenariusz i sam Al Pacino, nie do pobicia. Nieprzeciętne role w filmach „Serpico”, „Heat” czy też „Adwokat Diabła”, gdzie zagrał rewelacyjnie kuszącego Lucyfera i „Męska gra”, gdzie wcielił się w charyzmatycznego trenera drużyny futbolu amerykańskiego. To jedne z wielu, których się nie zapomni. Niby inny od poprzednich, ale również twardy mężczyzna, który pozwolił mi przeżyć kilkanaście godzin w magicznym świecie kina.
Drugi i chyba największy obok Pacino psychopata to, no jakżeby inaczej sam
Robert De Niro. Nie zgadzacie się, cóż, ale chyba sam na sam z nim to nie chcielibyście być, tak jak była rodzina w filmie „Przylądek strachu”. Nie oglądaliście? Żałujcie. Macie jednak czas, by to nadrobić, polecam. Jeśli już o nim mówimy, to wspomnieć trzeba takie filmy jak „Wściekły byk”, gdzie grał mistrza świata w boksie Jake’a La Motta, znakomity film „Łowca jeleni”, niesamowity „Chłopcy z ferajny” czy też „Ronin”, no i „Heat”, gdzie partnerował Alowi Pacino. Znakomicie wcielał się w role psychopatów może, dlatego że jego twarz tak dobrze się do tego nadawała, jak i w rolę mafiosów. Tutaj mógł mu tylko dorównać jedynie sam Marlon Brando i Al Pacino. Nie było w historii kina bardziej wiarygodnych mafiosów niż on i dwójka wspomnianych i chyba nie będzie. Napisałem, że psychopata, tak to jego drugie imię, ale nie do końca, bo w komedii też potrafił się odnaleźć. Po prostu perełka lub może bardziej perła, perlisko wręcz.
Ach tak zapomniałbym o Australijczyku, czyli o
Melu Gibsonie . To by mogło być faux pas na skalę kosmiczną. Nie mógłbym tego zrobić. Kto nie pamięta słynnej sagi o wojowniku szos, czyli „Mad Max”. Takich filmów się nie zapomina. Po tych filmach pozostała mi miłość do Australii. Też chciałem mieć taki samochód, taką skórę, nawet tak brzydkiego psa, jakiego miał szalony Max. Niezapomniana kreacja w sadze „Zabójcza broń” i słynny tekst „big smile, big smile” zapisany gdzieś na partycji mojego szarego dysku. To po prostu melodia dla moich prostackich odruchów. Mel, ach ten Mel i jego zajebiste filmy, było ich trochę. Czekałem na każdy z nich. Kiedy odrzucił rolę w kolejnej części „Zabójczej broni” wieszałem na nim psy. Gdy zobaczyłem jednak „Payback”, przepraszałem go w duchu i dziękowałem, że jednak zrezygnował z „Zabójczej broni” dla tej roli. A „Brave Heart”, cud na cudy filmowe, coś pięknego. Oglądając ten film pragnąłem biegać po łące w kiecce kiltem zwanej i masakrować angoli. Nie mogę zapomnieć o filmie „Byliśmy żołnierzami”, bo jakbym mógł. Ostatnio trochę mu się zakręciło w głowie patrząc na filmy takie jak „Pasja” czy „Apocalypto”. No, ale cóż widocznie aż tak twardzielowatym nie jest w porównaniu z innymi. Na miano twardziela w moich oczach z pewnością jednak sobie zasłużył, a wspomniane wyżej filmy możemy zrzucić na karb demencji starczej, której nie wszyscy potrafią się oprzeć.
Niech wspomnę jeszcze o największym tancerzu wśród twardzieli jak i największym twardzielu wśród tancerzy
Patricku Swayze. Jego niezapomniane role w filmie „Uwierz w ducha” czy też w „Dirty Dancing” również pozostały w mojej pamięci, a w szczególności w pamięci damskiej części wielbicieli jego talentu. Nawet tam potrafił przyłożyć. I ja prostak, który pragnął być twardzielem po wyjściu z kina, chciałem zostać twardzielem lepiącym garnki i twardzielem tańczącym. Filmy z jego udziałem również są gdzieś w zakamarkach mojego prostackiego mózgu. Wspomnieć należy takie filmy jak: „Czerwony świt”, pamiętny „Wykidajło”, po którym chciałem zostać ochroniarzem w barze, „Czarny pies” czy też „Listy od zabójcy”. Niestety dla mnie i dla wielu takich prostaków jak ja, już nie będzie mnie bawił. Patrick odszedł w 2009 roku, po walce z rakiem w wieku 57 l.. Zostawił jednak po sobie jeszcze jedną pamiątkę, w postaci sezonu serialu „Beast”, który właśnie gości na naszych telewizyjnych ekranach.
O to mój pluton nadwornych twardzieli i krwawych psychopatów. Niestety już od pewnego czasu przebywających na emeryturze, przez wzgląd na swój wiek. Chociaż od czasu do czasu nakręcą coś w stylu „Gran Torino” i nawet wyreżyserują. Zdaję sobie jednak sprawę, że to początek końca ery Herosów, bo przecież Sylwester Stallone w. 63 l., Kurt Russel w. 58 l., Arnold Schwarzenegger w. 62 l., Clint Eastwood w. 79 l., Jean-Claude Van Damme w. 49 l., Chuck Norris w. 69 l., Bruce Willis w. 54 l., Al Pacino w. 69 l., Robert De Niro w. 66 l., Mel Gibson w. 53 l., Rutger Hauer w. 65 l., Dolph Lundgren w. 52 l., więc jak długo jeszcze będę sycił moje oczy ich widokiem na szklanym ekranie? 5, 10, w niektórych przypadkach może góra 15 lat.
Nie chcę, ale sytuacja zmusza mnie do przemyśleń. Kiedy przyjdzie na nich pora i odejdą, tak jak Patrick Swayze? Jego śmierć uświadomiła mi, że kończy się pewna era. Era tytanów, bohaterów, psychopatów i na moje nieszczęście po ich odejściu nic już nie będzie takie samo. To wraz z nimi dorastałem, to oni kształtowali moje prostackie zachowania i odruchy, to dzięki nim wiedziałem, że chcę być twardzielem i prostakiem o szlachetnym sercu, jak oni.
Mówi się, że nie ma ludzi niezastąpionych. Co za kretyn to wymyślił? Kto może zastąpić moich twardzieli, no kto? Może zniewieściały Leonardo Di Caprio czy nieskazitelnie przystojny Brat Pitt? Byłbym niesprawiedliwy jeden i drugi, co prawda grali w filmach akcji, pokazali, na co ich stać, ale nie mają mimiki Johna Rambo, nie mają zajebistej fryzury Casha, grymasu twarzy Brudnego Harrego, muskulatury Conana, nie potrafią zrobić szpagatu, jak Leon Lwie Serce, nie ociekają krwią jak John McClane, nie potrafią kopnąć z półobrotu, jak wilk McQuade, nie mają demonicznego spojrzenia Johna Miltona, nie przestraszą mnie jak Cady, nie potrafią tańczyć jak Johnny Castle i nie przeniosą do Australii, jak robił to szalony Max. To już nie będzie to samo, a idąc za sentencją pojawiającą się w reklamie jednego browaru, prawie robi różnicę i to jak cholera.
Oczywiście są potencjalni następcy, dzięki którym widzę dla siebie światełko w tunelu. Jako nadwornego psychopatę, który przejmie ewentualną pałeczkę po Robercie De Niro widzę
Chrystiana Bale’a. Z tym, że to może być kłopot. Po sukcesie obu części nowego „Batmana”, to pewnie roli w niskobudżetowym filmie już się nie podejmie, a rzeczywiście się do tego nadaje patrząc na ten, po którym zaistniał, czyli „American Psycho”. Twardzieli też może grać patrząc przez pryzmat wspomnianego „Batmana” czy też „Władców ognia”.
Jest również znakomicie grający
Matt Damon, który wcielił się w rolę Jasona Bourne’a. Znakomity film akcji bazujący na powieści Roberta Ludluma. Jak to dobrze, że są scenarzyści, bo na szczęście dla mnie gdzieś przeczytałem, iż pracują już nad scenariuszem do kolejnej części. Zapomnieć nie mogę „Infiltracji”, gdzie zagrał z Leonardo Di Caprio i Jackiem Nicholsonem. W jego przypadku pluton twardzieli na stałe jednak mu nie grozi. Woli trochę ambitniejsze scenariusze, jak Al Pacino czy Robert De Niro niż ja filmy, patrząc przez pryzmat „Buntownika z wyboru” chociażby.
Dołączyć do nich może również
Jason Statham z rewelacyjnym filmem „Transporter”. Pierwsza część była niesamowita, też chciałem jeździć BMW serii 7. Kolejne części mniej udane, ale takiemu fanowi akcji jak mnie, to nie przeszkadza, biorąc pod uwagę fakt, iż w każdej następnej jeździ już nie BMW, a moją ukochaną marką, AUDI.
No tak, zapomniałem o najmniejszym super twardzielu o tajemniczo brzmiącym nazwisku
Jet Li. Ten mały skubaniec walczy jak mało kto. Mistrz wschodnich sztuk walki. Skopał nawet tyłek samego Mela Gibsona w „Zabójczej Broni 4”. Jego filmy są pełne dynamizmu, a sceny walk są niesamowite. Zajebista rola w filmie „Danny, the Dog” czy też „Romeo musi umrzeć”. Cóż z tego, że walki przerysowane, że ludzie latają i wstają pomimo tysiąca ciosów? Kogo to obchodzi? Niech wstają przedstawienie musi przecież trwać, jak śpiewał Freddy Mercury: The Show Must Go On…, bo najważniejszy jest widz, czyli ja.
Na całe szczęście nie tylko ja mam niespełnione marzenia. Ma je również sam Sylwester Stallone. Dzięki jego marzeniu spełni się również i moje. Od zawsze zastanawiałem się jakby wyglądał film, gdyby zagrali w nim wszyscy, no, choć może część mojego plutonu egzekucyjnego. A tu pewnego dnia czytam, że tak właśnie się może stać i że za kamerą stanie właśnie Sylwek, a partnerować mu będzie kilku z mojej listy. Tak chyba na odchodne, ku pamięci potomnych ten twardziel zebrał wszystkich, a przynajmniej większość wymienionych przeze mnie i skręcił film pod tytułem
„The Expendables”. Film, jak inne z tego gatunku, nic szczególnego. Zabić jak najwięcej wrogów, wypatroszyć i wygrać. Zobaczymy w nim takie gwiazdy filmów akcji jak: Jet Li, Jason Statham, Mickey Rourke, Bruce Willis, Dolph Lundgren i Arnold Schawrzenegger, no i samego Sylwestra. Czyż to nie piękne jest? Większość w jednym filmie, który pewnie obejrzę i kupię pomimo prostackiej fabuły.
Jak napisałem, widzę światełko w tunelu. Chociaż, tak jak po ataku terrorystycznym na dwie wieże 11 września nic na świecie nie będzie już takie samo, tak kiedyś po odejściu ostatniego z mojego plutonu twardzieli, kino prostackiej akcji również straci blask. Cząstka ich wszystkich pozostanie jednak w mojej pamięci, będzie się błąkać w moim wodogłowiu i z utęsknieniem będę czekał na kolejny odgrzewany kotlet w stacjach telewizyjnych z nimi w rolach głównych, kiedy inni będą psioczyć.
Patrząc na efekty starzenia moich twardzieli i niepohamowanego przemijania mogę jedynie żałować, że wybrałem zawód inżyniera-prostaka, a nie genetyka. Być może udałoby mi się ich sklonować, by do końca mych dni bawili mnie swoim widokiem w nowych, a nie tylko odgrzewanych, prostackich filmach akcji.
Kto ich dla mnie sklonuje????????????
Artykuł dedykuję aktorowi Patrickowi Swayze, który odszedł w 2009 roku po kilkuletniej walce z rakiem trzustki.KOPIOWANIE I WYKORZYSTYWANIE TREŚCI I ZDJĘĆ ZAWARTYCH W ARTYKULE BEZ ZGODY AUTORA JEST ZABRONIONE (Ustawa z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych (Dz. U. z 1994 r. Nr 24, poz. 83).